Dariusz Dyczewski: Cieszmy się, że ludzie chcą śpiewać

Dariusz Dyczewski: Cieszmy się, że ludzie chcą śpiewać

Rozmowa z profesorem Dariuszem Dyczewskim odbyła się 19 listopada 2021 tuż po zakończeniu obrad jury Legnicy Cantat 51.

Po długim oczekiwaniu wreszcie możemy spotkać się w Legnicy. Po pandemicznej przerwie możliwość kontaktu z muzyką na żywo wydaje się jeszcze cenniejsza.

Wszyscy czekaliśmy na inaugurację festiwali, które miały mieć miejsce pół roku temu. Teraz muzyczny worek rozwiązał się i od września praktycznie co weekend w całej Polsce odbywają się konkursy, festiwale i przeglądy. Chóry są spragnione konfrontacji – chcą wysłuchać się nawzajem i pokazać swój przygotowywany w tych trudnych czasach program. Wiele zespołów pomimo przeszkód wciąż pracowało – w mniejszych lub większych grupach.

Przesłuchania udowodniły, że o dyspozycję chórów nie trzeba było się martwić – czuć, że zespoły są świetnie przygotowane i głodne sceny.

Cantatowi też towarzyszą specyficzne okoliczności, bo większość chórów zgłosiło się do ubiegłorocznego, zablokowanego przez pandemię, konkursu. W międzyczasie część zespołów wykruszyła się, dlatego uruchomiliśmy kolejny nabór. Rada Artystyczna podjęła decyzję o możliwości udziału dodatkowych chórów. Po przyjeździe do Legnicy okazało się, że mamy wysyp grup żeńskich i męskich – o dziwo podczas tej edycji nie było żadnego zespołu mieszanego. Chóry reprezentowały jednak wysoki poziom i pokazały dużą kulturą brzmienia, a Jury było wyjątkowo zgodne pod kątem miejsc. Jesteśmy pod wrażeniem, że w tak krótkim czasie przygotowano takie repertuary. Uważam, że jeśli chodzi o festiwale, Legnica w tym roku wygrała.

Ten dychotomiczny damsko-męski podział to jakiś nowy chóralny trend?

To zbieg okoliczności. Myślę, że taki podział spowodowany był też faktem, że duże – liczące nawet sześćdziesiąt osób – chóry akademickie miały przerwę w śpiewaniu, bo i cała nauka odbywała się zdalnie. Mniej liczne personalne mogły dalej pracować nad repertuarem, nawet jeśli ćwiczenia odbywały się w okrojonych składach.

Coraz częściej chóry, niegdyś kojarzone przecież z muzyką dawną, decydują się na interpretacje współczesnej muzyki rozrywkowej. Podobnie było i dziś – obok siebie mogliśmy usłyszeć dzieła Stanisława Moniuszki i kompozycje grupy Queen.

Dawna muzyka tworzona była nie dla dużych chórów, a małych grup wokalnych. Współczesne duże wykonania są nieporównywalne z tymi historycznymi, wykonywanymi trzysta lat temu przez chóry kameralne. Ale muszę przyznać, że prezentowane dziś formy wokalne muzyki dawnej zabrzmiały tak, jak powinny, co jest trudne: delikatnie, z lekkością i dobrą prozodią tekstu. Do tego właśnie dążymy. Również chylę czoła przed wszystkimi, którzy aranżują muzykę rozrywkową na chóry. Mamy XXI wiek i wciąż idziemy do przodu, a dzisiejsi młodzi chórzyści wychowali się na tych utworach. Lubią je śpiewać i pokonywać trudności w harmonii, bo zharmozniowane takich piosenek to bardzo trudne zadanie. Trzeba naprawdę dobrych głosów oraz kunsztu i warsztatu dyrygenta, który wyprowadzi te wszystkie niuanse. Cieszmy się, że ludzie chcą śpiewać i dzielić się radością muzykowania.

Dziś często przewija się temat radości ze śpiewania. A jak wygląda radość ze słuchania? Czy publiczność chóralna też ewoluuje?

W tej chwili różnice się zatarły. Pamiętam choćby lata osiemdziesiąte, gdy śpiewałem jeszcze w chórze chłopięcym – zawsze byliśmy przygotowani na baczność, ubrani i uczesani. Wiedzieliśmy, że wychodzimy dla publiczności i niezrozumiałym było dla nas, że ludzie w trakcie występu przechodzili gdzieś czy rozmawiali, a naszej muzyki słuchali wyłącznie w tle. Obecnie są inne realia. Na zachodzie normalnym jest, że chóry występują na przykład na dużych scenach w parkach, gdzie ludzie opalają się czy raczą lampką wina, a muzyki słuchają przy okazji.

Uważa pan profesor, że to dobry kierunek?

W tej chwili śpiewamy wszędzie. Każda forma jest dobra, żeby pokazać szerszej publiczności muzykę chóralną. Ja śpiewałem z chórem w Disneylandach w Paryżu, Los Angeles i Tokio! To było coś niesamowitego, bo wokół przechodziły tłumy z dziećmi, a my w amfiteatrze parku rozrywki wykonywaliśmy polskie pieśni ludowe. Ludzie zatrzymywali się zaciekawieni. W Polsce zmiany zachodzą jednak znacznie wolniej. Ale nie traktowałbym inaczej takich występów niż choćby pianisty grającego muzykę na żywo w knajpce.

Fot. Wojciech Obremski

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.